Hej!
Dawno nie pisałam, najpierw długo, długo nie było o czym, a jak już było, to nie było na czym :)
Aleksandra najpierw popsuła laptopa i nie miała jak poprawić aplikacji, a potem wyjechała na dwa miesiące. Ale już jestem i z nową dawką sił i energii postanowiłam relacjonować moje au pairkowe życie. Bo, moi mili, moje życie jest znacznie bardziej au pairkowe niż pod koniec kwietnia!
Ale od początku. Z matchami było u mnie krucho - dowiedziałam się (z agencji), że w związku z tym, że mam prawko od krócej niż 6 miesięcy, nie jestem zaznaczona w systemie jako frequently driver i nie widzi mnie spora część rodzin. Nie, nie da się tego zmienić.
No trudno, postanowiłam z tym żyć i zobaczyć co przyniesie los.
Przyniósł rodzinę z Los Angeles, dwójka dzieci, pies, kolega nazwał ich "aryjskim ideałem" - trochę tak wyglądali :D - wysłałam im maila, oni wysłali mnie, tak sobie pomailowaliśmy, aż przyszedł mail z agencji, że mam natychmiast zaprzestać kontaktu, że przepraszają za zamieszanie i że ta rodzina nie będzie już więcej w programie. Później dostałam jeszcze jednego maila od rodziny, że chcą mi dawać $800 tygodniowo i generalnie takie gruszki na wierzbie. Zaprzestałam kontaktu, no bo jak.
Następnie system wylosował mi rodzinę z Annandale, VA (prawie samo DC), trójka dzieci, bez psa, za to z opóźnieniem w rozwoju. Najstarsza córka z ADHD, najmłodszy syn (4 latka) uczy się korzystać z nocnika i prawie nie mówi, ale to środkowe dziecko miało być największym wyzwaniem wychowawczym. Środkowe. Zdrowe. Największym wyzwaniem. Podziękowałam grzecznie, gdyż cenię sobie swój brak siwizny na głowie. Chociaż lokalizacja kusiła.
Ostatnią rodziną okazali się szaleni ludzie z Richmond, VA. Też trójka dzieci, 12 letnia dziewczynka i dwaj chłopcy: prawie 10 i 6 lat. Szaleńcy z bałaganem w domu, w życiu i w serduchach. Podczas gdy poprzednie rodziny (te, oraz te w Europie z którymi miałam szczęście pogadać) wypytywały się o charakter, o to jak zareaguję kiedy dziecko będzie niegrzeczne czy się skaleczy, ci zapytali mi się ile znam żółtych pokemonów i co sądzę o zielonej herbacie z cytryną. Czułam się jak w ukrytej kamerze. Pierwszy Skype trwał godzinę, drugi prawie sześć (serio, skończyłyśmy po pytaniu HM "o, masz dzwonek w telefonie z ptaszkami?" - to były ptaki zza okna). Jadę do nich! 18 września postawię swoje stopy na rozgrzanej ziemi w Nowym Jorku, odbędę najciekawsze w moim życiu szkolenie i rozpoczynam przygodę wszechczasów!
Do trzech razy sztuka! A teraz - w czwartek - spotkanie wizowe. Mam już prawie wszystkie prezenty (część jeszcze u kurierów), to jak przyjdą, porobię zdjęcia i stworzę nowego posta! Obiecuję pisać częściej, tym bardziej, że teraz będzie o czym i na czym!
O.
If you can dream it, you can do it!
wtorek, 30 sierpnia 2016
czwartek, 28 kwietnia 2016
Marzyć - śmiała rzecz!
Dawno, dawno temu działałam w ZHP. Bylam drużynową, zuchową. W życiu każdej drużynowej nadchodzi moment, w którym postanawia zostać instruktorem. Też postanowiłam. Co prawda formalności nigdy nie dopełniłam, ale dostałam zakładkę z cytatem, który miał przyświecać moim działaniom. Zgubiłam ją i o niej zapomniałam. Dziś, przypadkiem, znalazła się. Kochani, niech to będzie motto i dla Was - szczególnie wahających się przed wyjazdem.
wtorek, 26 kwietnia 2016
Na każdym blogu przychodzi czas na pierwszego posta || Au-pairkowe formalności
Hej!
Na każdym blogu przychodzi czas na pierwszego posta, może nieco zagmatwanego, może mało spójnego, ale pierwszego :) Dzisiaj czas na mnie, mam nadzieję, że przyszłą au pair :)
Skąd dowiedziałam się o au pair?
Dawno, dawno temu (gdzieś w poprzedniej epoce) - to mogły być okolice roku 2000 - znalazłam w jakiejś z gazet na działce (czyli gazeta mogła być starsza ode mnie) wzmiankę o au pair - że to wyjazdy zarobkowe dla niań, za granicę. Ośmioletnia wówczas ja, stwierdziłam "nieeee, nie lubię dzieci", ale słowa "au pair" jakoś zostały w mojej główce i raz na jakiś czas powracały. Z czasem polubiłam dzieci, przypadkiem zostałam drużynową zuchową w ZHP, wychowawcą kolonijnym, animatorem czasu wolnego i troszkę podporządkowałam swoje życie maluszkom. Wtedy też mój facebook stwierdził, że zaproponuje mi do polubienia fanpage agencji Au Pair in America. W ciągu wieczoru obejrzałam wszystkie odcinki "Zakochanych w Ameryce" (filmiki promocyjne agencji) i zaczęłam szukać informacji formalnych. Jeszcze tego samego dnia zaczęłam wypełniać aplikację w internecie. Niedługo potem spotkałam się z konsultantką, żeby wyjaśnić i rozwiać wszelkie moje wątpliwości, umówiłam się z nią, że "jeszcze tylko zrobię prawo jazdy" i jedziemy. W międzyczasie dołączyłam do miliona grup na facebooku typu "Polskie au pair w USA" czy "AuPairPoland". Przez rok non stop trułam znajomym o wyjeździe (rodzina mnie wyśmiała, cóż, wciąż nie wiedzą), ale z prawem jazdy było mi nie po drodze.
Prawo jazdy:
Moje zdobywanie prawa jazdy można podzielić na kilka etapów. Pierwszy z nich, w 2009, na 3 miesiące przed osiemnastymi urodzinami, zaczęłam truć mamie o prawku, że ja chcę, ja będę jeździć, ja pójdę do pracy i odłożę na maluszka, a w ogóle to ja chcę i już. Mama się nie zgodziła, ja zmieniłam nastawienie i już nie chciałam jeździć. Na osiemnastkę (luty 2010) dostałam kasę na kurs. I tu zaczyna się drugi etap walki o uprawnienia. Wtedy nie zależało mi już na jeżdżeniu, a wręcz byłam mocno zniechęcona, bardzo chciałam przeznaczyć te pieniądze na obóz żeglarski - mama niestety się nie zgodziła, a wręcz w maju stwierdziła, że jak nie zapiszę się już, teraz, zaraz na kurs, to ona kopertę zabierze. Cóż miałam zrobić - zapisałam się. W 2010 do egzaminu praktycznego podeszłam 3 razy. Raz wyjechałam z placyku. Etap trzeci mojej batalii rozpoczął się w 2012 - kiedy za własnoręcznie zarobione pieniądze postanowiłam dokończyć prawo jazdy, wykupiłam godziny, zmieniłam autoszkołę, ogólnie wszystko - znów 3 podejścia, znów Łódź. Na ostatnim egzaminie tak ładnie przygrzmociłam w słupek na placyku, że aż się złamał. Stwierdziłam, że kierowcy ze mnie nie będzie, że w sumie lubię komunikację miejską i po co mi samochód. Cóż. Ostatni etap - znajomi nazywają to "etapem yolo" nastąpił jakoś na początku marca tego roku - wykupiłam 10h jazd po Sieradzu i egzamin. Tak, po czteroletniej przerwie i miliardzie zmian w przepisach postanowiłam podejść do egzaminu po zaledwie dziesięciu godzinach. W Prima Aprilis. I wiecie co? Zdałam :) Wtedy też zaczęłam na poważnie traktować aplikację...


Aplikacja au pair:
Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam po egzaminie, było napisanie do mojej konsultantki (w międzyczasie się zmieniła), że "hej, mam prawko". Właściwie od tamtej pory w tydzień nagrałam filmik (znajdziecie go o tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=7Pk4IAD-McA), napisałam list, pozbierałam referencje (wyjazd z Łodzi do Gdańska na 2h? czemu nie :D), uzupełniłam wszystkie formularze, zorientowałam się, że paszport jest lekko nieaktualny, nie znalazłam świadectwa ukończenia liceum (więc złożyłam podanie o duplikat) i dzisiaj, po niecałym miesiącu poważnego traktowania wyjazdu, przeszłam interview.
Interview:
"JezusMaria, przecież ja nie umiem angielskiego! Przecież nie zrozumiem ani słowa od konsultantki, o Borze mój sosnowy, nie dam rady, może wypiję setkę, albo dwie*, to przynajmniej nie będzie mi głupio, o Matko, o Matko, o MATKO" - to całkiem niezłe podsumowanie moich myśli przed interview. Ale głos rozsądku stwierdził, że lepiej, żebym się nie dogadała z konsultanką i wiedziała co mam nadrobić, niż miałabym się nie dogadać z rodziną i zamiast w ciepłym SF zamieszkać na mroźnej Alasce. Serio. Spać nie mogłam od 6 rano, próbowałam wertować internet w poszukiwaniu skryptu dla konsultantek (nie znalazłam), zgubiłam się na kampusie Uniwersytetu (o ile można tak to nazwać), ledwo zdążyłam i... udało się. Monika pytała o moje doświadczenie w pracy z dziećmi, dlaczego chcę być au pair, dlaczego USA, co lubię robić z dziećmi, w jakim wieku lubię dzieci, skupiła się na mojej pracy jako wychowawca, uprawnieniach, pytała o prawo jazdy, o leki, alergie - taka rozmowa. W pewnym momencie zorientowałam się, że przestałam "tłumaczyć" w głowie pytania i trochę poniósł mnie flow. Rozmowa trwała około 40 minut, po niej dostałam do wypełnienia test psychologiczny - serio, najgłupsze 170 pytań ever, nie wiem na jakiej podstawie oni chcą stwierdzić, czy jestem psychopatą (haha, tak mi się skojarzyło: https://www.youtube.com/watch?v=-IGNr4SJ_SE). Niemniej - formalności za mną. Teraz aplikację jeszcze raz sprawdza Monika i... zaczynamy przygodę!
Stay tuned!
Na zakończenie piosenka, którą usłyszałam w niedzielę nad ranem (w poniedziałek w sumie) w pracy i nie chce mi wyjść z głowy: https://www.youtube.com/watch?v=80lPIbuiz60
I piosenka, która mnie tak bardzo motywuje do wyjazdu i pomaga w chwilach zwątpienia: https://www.youtube.com/watch?v=Zx06XNfDvk0 :)
Zasadniczo jeśli któraś z Was ma jakieś pytania, waha się czy coś - piszcie, pytajcie, odpowiem, wyjaśnię, jestem na świeżo ze wszystkim :) Wiem ile się czeka na prawo jazdy, na paszport, jaką minę zrobić, żeby czekać krócej
(hah: "- Paszport będzie 20 maja.
- Ojej, 20 maja? - *oczy kota ze Shreka*
- Pani zadzwoni 10, powinien być")
Odpowiadając od razu: nie wiem, czemu wybrałam tę agencję. Bo tak? Intuicja? :)
Buziaki!
Ola
* nie wypiłam w końcu ani setki, ani dwóch. tylko dwa kubki herbaty. i zjadłam bułkę z rabarbarem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
